jedzenie

Ekstremalna kuchnia azjatycka: odcinek 3

Wietnamska bajka o wężu: sssssssssmacznego

Tym razem pozwolę się posiłkować własnym opisem zjedzonego kilka miesięcy temu węża.

„Kolejnym celem naszej kulinarnej kolejki grozy, bylo zjedzenie prawidlowo przyrzadzonego weza, ktorego poszukujemy odkad tylko wjechalismy do Wietnamu. W tym celu, wsrod nocnej ciszy, udalismy sie taksowka do przyrosnietej juz na stale do Hanoi miejscowosci La Mat. Tam czekal juz na nas nagabywacz, trzymajacy pomieta, zalaminowana wizytowke, pelna rozmaitych szlaczkow, owijajacych niezdarny rysunek kobry. Przelamujac strach i instynkt samozachowawczy wsiedlismy z nim na motor i w trojke ruszylismy w platanine ciemnych uliczek i domow. Po kilku minutach znalezlismy sie w czyms, co najlepiej okreslic, jako wspolczesny warsztat alchemika. Duze, mroczne pomieszczenie z kilkoma ciezkimi krzeslami i lawami, wypelnialy glownie masywne, drewniane polki ze slojami pelnymi pograzonych w alkoholu wezy. W centralnym punkcie stalo wielkie akawarium, w ktorym owiniety dziesiatkami pytonow, spoczywal pokaznych rozmiarow aligator. Oczywiscie nie musze dodawac, ze bylismy jedynymi goscmi.

Oszolomiony surrealistyczna sceneria, dostalem do reki dwumetrowego dusiciela, a wlasciciel przybytku, z dziwnym usmiechem zaczal grzebac cos przy malej, ale za to bardzo szczelnie zabudowanej klatce. Zanim sie zorientowalismy, co do jego zamiarow, zdazyl rzucic na podloge beztroskim ruchem, bardzo zywa i bardzo wkurzona kobre. Bylismy w takim szoku, ze zapomnielismy o targowaniu sie i drodze ucieczki. Mowiaca lamanym angielskim, Azjatka podajaca sie za kucharke, chwycila mnie za reke i pociagnela w strone tonacej w mroku ulicy. Bylem wiec trzymany za jedna reke przez Wietnamke, za druga przez pytona, ktorego caly czas nioslem, a za gardlo trzymal mnie strach.

Uspokoilismy sie dopiero, gdy po kilku minutach w mroku, dotarlismy do jasno oswietlonej knajpki, pelnej drewnianych stolikow, sadzawek i mostkow. Tu jednak u Kosendarskiej pojawily sie opory natury moralnej, bo waz byl ladny, ogon mial okrecony wokol mojego sutka, a znienacka pojawili sie Azjaci z nozami i butelka spirytusu. Nie czekajac jednak na nasze rozprawy natury filozoficznej, zabrali naszego weza i z usmiechem wycieli mu serce, krew upuscili do szklanki, a zezwlok zabrala pani kucharka. Jako glowa naszej dwuosobowej rodziny, dostalem do wypicia kieliszek z bijacym jeszcze sercem naszego pupila. Kosendarska zas musiala zadowolic sie szklaneczka cieplej, wezowej krwi z odrobina alkoholu. Potem bylo juz tylko normalniej. Dostalismy spowrotem nasze wezowe truchlo, przerobione na wezowe sajgonki, golabki, flaczki i barbekju ze skory, watroby i miesa. Szczegolnie smaczna okazala sie watrobka. W trakcie tej biesiady towarzyszyla nam kucharka wraz z jej licznym potomstwem i ich kolegami. Nieustannie wpatrywali sie w nas, komentujac nasze miny i niesmiale ruchy paleczkami. Zapytani o to, czy w Wietnamie czesto je sie weze, odpowiedzieli, ze ‘jes’ i ze bardzo czesto je sie hepi bersdej snejk.

Po posilku pozegnal nas sam patron rodu, uosobiony przez bardzo starego, siwego Azjate o zelaznym uscisku dloni. Wreczyl nam ze smiertelna powaga wizytowki swojej restauracji i nakazal swoim synom bezpiecznie odwiezc nas do postoju taksowek. Juz po chwili pedzilismy z nimi na dwoch skuterach, mijajac z nieznana nam dotad predkoscia ciezarowki, pieszych i ciemnosc. Synowie okazali sie na tyle przejeci poleceniem ojca i szefa zarazem, ze gdy na postoju nie znalezlismy taksowki naszej ulubionej sieci, jeden z nich popedzil na motorze, by zatrzymac te, ktora minela nas jadac ruchliwa ulica. „

Dla tych czytelników pragnących uciechy wizualnej jak zwykle film:

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.

The video cannot be shown at the moment. Please try again later.